czwartek, 14 czerwca 2012

Najlepsza inwestycja

Ostatnio sporo rozmawiam z Mądrą Głową o tym, co najlepiej zrobić, żeby dobrze zainwestować pieniądze. Ja co prawda na razie i tak ich nie mam, ale gdybym posiadał jakiś kapitał do pomnożenia nie wahałbym się ani chwili i - za namową Mądrej Głowy - kupiłbym nieruchomość w Łodzi. Nie dość, że to piękne miasto z bogatą historią, niezliczonymi instytucjami kultury i dosłownie armią młodych ludzi gotowych do robienia ciekawych rzeczy, to na dodatek można tam kupić piękny dom lub nawet małą kamienicę nieopodal centrum w cenie małego mieszkania gdzieś na Choszczówce. Z Łodzią właśnie połączyła nas (w sensie Warszawiaków i Warszawian) kosmiczna autostrada, a niedługo w 75 minut dowiozą nas do odremontowanego Dworca Fabrycznego nowoczesne pociągi z bydgoskiej Pesy. Wszystko to, w zestawieniu z niepowtarzalnym klimatem Łodzi, sprawia, że to miasto jest skazane na drugie życie, a może nawet i na odzyskanie miana Ziemi Obiecanej.
A tak na marginesie rozważań o potencjale łódki, zetknąłem się ostatnio na pewnym forum ekonomicznym z ciekawą opinią właśnie odnośnie inwestycji. Wyglądało to mniej więcej tak:

Użytkownik 1: Witam wszystkich i mam serdeczną prośbę. Grałem kiedyś trochę na giełdzie, ale po straceniu 10 tysięcy złotych zraziłem się i przestałem się tym zajmować. Teraz chciałbym spróbować ponownie, ale trochę wypadłem z obiegu i potrzebuję porady. Czy ktoś mógłby mi polecić, w co najlepiej aktualnie zainwestować?
Użytkownik 2: Polecam zainwestować w siebie...

:-)     

poniedziałek, 11 czerwca 2012

72 godziny z życia krowy

Usłyszałem wczoraj niezwykłą historię o woli przetrwania. Wydarzyła się ona dwa lata temu, kiedy Polskę nawiedziły straszliwe powodzie, a jednym z regionów, który ucierpiał najbardziej była ziemia jasielska. I to właśnie tam - we wsi Trzcinica nad brzegiem rzeki Ropy - wydarzył się cud. Pewna rodzina mieszkająca na skraju terenów zalewowych, za sprawą bomby wodnej spuszczonej jedną falą ze zbiornika retencyjnego w Klimkówce, w ciągu dosłownie chwili została odcięta od świata. Ostatecznie z dachu domu zabrał ich dopiero helikopter ratunkowy. Po dotarciu w bezpieczne miejsce ocalała rodzina była przerażona ale szczęśliwa, że wszyscy wyszli cało z tej niespodziewanej opresji. I tylko najstarsza z rodu, osiemdziesięcioletnia babcia, nie przestawała zanosić się od łez i za nic nie chciała się uspokoić. Okazało się, że owszem, wszyscy domownicy byli cali i zdrowi, jednak w stajni na ciężkim łańcuchu została uwięziona ukochana krowa babci. Babcia przepłakała trzy dni i noce wspominając swoją krasulę, która przez tyle lat karmiła ją hojnym wymieniem. Jednak gdy łzy zaczęły już wysychać, do babci przybiegł z radosną nowiną sąsiad. Babciu - mówi - zdarzył się cud, mućka żyje! Babcia nie chciała uwierzyć, bo przecież sama widziała z helikoptera, że rwącej wody było po dach i to - jak miało się później okazać- przez bite trzy doby. Ale krowa dokonała niemożliwego - uciekając przed wzbierającą falą wdrapała się na żłób i na naprężonym łańcuchu ustała przez 72 godziny z łbem wyciągniętym w górę czekając aż woda opadnie. Miała ją w uszach i oczach, ale nozdrza cały czas pozostawały ponad taflą. Już nawet nie mogła mieć nadziei, pozostało jej tylko oddychać. Przeżyła tylko dzięki swojej niezwykłej determinacji i hartowi krowiego ducha. Wycieńczona mogła zleźć ze żłoba dopiero kiedy największa fala powodziowa opuściła Trzcinicę i zaczęła przesuwać się na północ. Tak jak wcześniej żywioł w jednej chwili zabral babci dorobek życia, tak teraz nagle oddał jej bezcenną mućkę. Dziś rzeka Ropa od dwóch lat spokojnie pilnuje się brzegów, a babcia codziennie przychodzi do stajni doić swoją mućkę. I jest szczęśliwa jak nigdy dotąd...         

środa, 6 czerwca 2012

5:50 w Zakopanem

Wybite zęby, połamane ręce, rozcięta twarz, dziura w kolanie - to tylko niektóre kontuzje, jakich doznali uczestnicy niedzielnego Biegu Marduły. Wielu innych nie dało szansy zrobić sobie krzywdy i po prostu zeszli z trasy, kiedy byli jeszcze w jednym kawałku. Za to ci, którzy się zagapili i zrobili o jeden krok za dużo, po prostu kładli się na ziemi i w bezruchu czekali aż na dół bezpiecznie zwiezie ich TOPR. Ale byli też tacy, którym się poszczęściło i bezpiecznie dotarli do mety na Kalatówkach po 25,4 km morderczej przebieżki po Tatrach.


Dziś myślę sobie, że zacząłem moją przygodę z najwyższymi polskimi górami z wysokiego C. Przez tyle lat zupełnie niechcący omijałem je szerokim łukiem, ale jak już się tam pojawiłem, zaliczyłem Nosal, Karb, Kasprowy Wierch i Kalatówki za jednym zamachem. I to biegiem! 


A wszystko zaczęło się o 5:50 na dworcu kolejowym w Zakopanem. Przyciągnął tam mnie i brata Rosole Oko dzielny Huzar - stalowa dżdżownica, która po przejściu z diety węglowej na elektryczną pokonuje trasę z Warszawy w niecałe 9 godzin! Nocny pociąg "Nosal" - bo o nim mowa - ugościł nas po królewsku: w ramach taniej kuszetki dostaliśmy pusty cały przedział, co prawda bez pościeli za to z sześcioma łóżkami, działającym ogrzewaniem i prywatnym ochroniarzem w postaci wąsatego konduktora odpalającego jednego papierocha od drugiego w swojej zadymionej kanciapce na początku składu. W tych okolicznościach już sama podróż wydała nam się warta podjęcia wyzwania i zmierzenia się z nieznanymi szlakami janosikowego królestwa.




Zakopane przywitało nas poranną mgłą i krzykami niedobitków po jakiejś większej imprezie nieopodal Krupówek, ale ta mętna atmosfera dnia wczorajszego prędko ustąpiła miejsca świeżym promieniom wschodzącego słońca i magii budzącego się do życia nowego początku.


Sam bieg rozpoczął się punktualnie o godzinie 9:00, kiedy to dobre 300 zawodników ruszyło sprawnie spod kina Sokół i pognało ku halom i graniom, hej!




Pierwsze kilka kilometrów to gonitwa ulicami Zakopanego i rzut okiem na skocznię narciarską.


Potem były już tylko góry. Góry, które sprawiły, ze po raz pierwszy w życiu poczułem się jak w innym wymiarze. I żałuję tylko, że nie potrafię opisać tego co tam przeżyłem. Ale może to i dobrze... Niech to pozostanie między mną, górami a...Druhem Mardułą!










Ahoj!

środa, 30 maja 2012

Orzeźwienie

Mam to szczęście, że z pracowego okna widzę park. I ten park tak napęczniał zielenią po wczorajszej ulewie, że wyrażenie "miejska dżungla" nagle zaczęło mieć sens. Wróciła też rześkość, której od wielu już dni tak bardzo brakowało.