piątek, 15 czerwca 2012
czwartek, 14 czerwca 2012
Najlepsza inwestycja
Ostatnio sporo rozmawiam z Mądrą Głową o tym, co najlepiej zrobić, żeby dobrze zainwestować pieniądze. Ja co prawda na razie i tak ich nie mam, ale gdybym posiadał jakiś kapitał do pomnożenia nie wahałbym się ani chwili i - za namową Mądrej Głowy - kupiłbym nieruchomość w Łodzi. Nie dość, że to piękne miasto z bogatą historią, niezliczonymi instytucjami kultury i dosłownie armią młodych ludzi gotowych do robienia ciekawych rzeczy, to na dodatek można tam kupić piękny dom lub nawet małą kamienicę nieopodal centrum w cenie małego mieszkania gdzieś na Choszczówce. Z Łodzią właśnie połączyła nas (w sensie Warszawiaków i Warszawian) kosmiczna autostrada, a niedługo w 75 minut dowiozą nas do odremontowanego Dworca Fabrycznego nowoczesne pociągi z bydgoskiej Pesy. Wszystko to, w zestawieniu z niepowtarzalnym klimatem Łodzi, sprawia, że to miasto jest skazane na drugie życie, a może nawet i na odzyskanie miana Ziemi Obiecanej.
A tak na marginesie rozważań o potencjale łódki, zetknąłem się ostatnio na pewnym forum ekonomicznym z ciekawą opinią właśnie odnośnie inwestycji. Wyglądało to mniej więcej tak:
Użytkownik 1: Witam wszystkich i mam serdeczną prośbę. Grałem kiedyś trochę na giełdzie, ale po straceniu 10 tysięcy złotych zraziłem się i przestałem się tym zajmować. Teraz chciałbym spróbować ponownie, ale trochę wypadłem z obiegu i potrzebuję porady. Czy ktoś mógłby mi polecić, w co najlepiej aktualnie zainwestować?
Użytkownik 2: Polecam zainwestować w siebie...:-)
poniedziałek, 11 czerwca 2012
72 godziny z życia krowy
Usłyszałem wczoraj niezwykłą historię o woli przetrwania. Wydarzyła się ona dwa lata temu, kiedy Polskę nawiedziły straszliwe powodzie, a jednym z regionów, który ucierpiał najbardziej była ziemia jasielska. I to właśnie tam - we wsi Trzcinica nad brzegiem rzeki Ropy - wydarzył się cud. Pewna rodzina mieszkająca na skraju terenów zalewowych, za sprawą bomby wodnej spuszczonej jedną falą ze zbiornika retencyjnego w Klimkówce, w ciągu dosłownie chwili została odcięta od świata. Ostatecznie z dachu domu zabrał ich dopiero helikopter ratunkowy. Po dotarciu w bezpieczne miejsce ocalała rodzina była przerażona ale szczęśliwa, że wszyscy wyszli cało z tej niespodziewanej opresji. I tylko najstarsza z rodu, osiemdziesięcioletnia babcia, nie przestawała zanosić się od łez i za nic nie chciała się uspokoić. Okazało się, że owszem, wszyscy domownicy byli cali i zdrowi, jednak w stajni na ciężkim łańcuchu została uwięziona ukochana krowa babci. Babcia przepłakała trzy dni i noce wspominając swoją krasulę, która przez tyle lat karmiła ją hojnym wymieniem. Jednak gdy łzy zaczęły już wysychać, do babci przybiegł z radosną nowiną sąsiad. Babciu - mówi - zdarzył się cud, mućka żyje! Babcia nie chciała uwierzyć, bo przecież sama widziała z helikoptera, że rwącej wody było po dach i to - jak miało się później okazać- przez bite trzy doby. Ale krowa dokonała niemożliwego - uciekając przed wzbierającą falą wdrapała się na żłób i na naprężonym łańcuchu ustała przez 72 godziny z łbem wyciągniętym w górę czekając aż woda opadnie. Miała ją w uszach i oczach, ale nozdrza cały czas pozostawały ponad taflą. Już nawet nie mogła mieć nadziei, pozostało jej tylko oddychać. Przeżyła tylko dzięki swojej niezwykłej determinacji i hartowi krowiego ducha. Wycieńczona mogła zleźć ze żłoba dopiero kiedy największa fala powodziowa opuściła Trzcinicę i zaczęła przesuwać się na północ. Tak jak wcześniej żywioł w jednej chwili zabral babci dorobek życia, tak teraz nagle oddał jej bezcenną mućkę. Dziś rzeka Ropa od dwóch lat spokojnie pilnuje się brzegów, a babcia codziennie przychodzi do stajni doić swoją mućkę. I jest szczęśliwa jak nigdy dotąd...
środa, 6 czerwca 2012
5:50 w Zakopanem
Wybite zęby, połamane ręce, rozcięta twarz, dziura w kolanie - to tylko niektóre kontuzje, jakich doznali uczestnicy niedzielnego Biegu Marduły. Wielu innych nie dało szansy zrobić sobie krzywdy i po prostu zeszli z trasy, kiedy byli jeszcze w jednym kawałku. Za to ci, którzy się zagapili i zrobili o jeden krok za dużo, po prostu kładli się na ziemi i w bezruchu czekali aż na dół bezpiecznie zwiezie ich TOPR. Ale byli też tacy, którym się poszczęściło i bezpiecznie dotarli do mety na Kalatówkach po 25,4 km morderczej przebieżki po Tatrach.
Dziś myślę sobie, że zacząłem moją przygodę z najwyższymi polskimi górami z wysokiego C. Przez tyle lat zupełnie niechcący omijałem je szerokim łukiem, ale jak już się tam pojawiłem, zaliczyłem Nosal, Karb, Kasprowy Wierch i Kalatówki za jednym zamachem. I to biegiem!
A wszystko zaczęło się o 5:50 na dworcu kolejowym w Zakopanem. Przyciągnął tam mnie i brata Rosole Oko dzielny Huzar - stalowa dżdżownica, która po przejściu z diety węglowej na elektryczną pokonuje trasę z Warszawy w niecałe 9 godzin! Nocny pociąg "Nosal" - bo o nim mowa - ugościł nas po królewsku: w ramach taniej kuszetki dostaliśmy pusty cały przedział, co prawda bez pościeli za to z sześcioma łóżkami, działającym ogrzewaniem i prywatnym ochroniarzem w postaci wąsatego konduktora odpalającego jednego papierocha od drugiego w swojej zadymionej kanciapce na początku składu. W tych okolicznościach już sama podróż wydała nam się warta podjęcia wyzwania i zmierzenia się z nieznanymi szlakami janosikowego królestwa.
Zakopane przywitało nas poranną mgłą i krzykami niedobitków po jakiejś większej imprezie nieopodal Krupówek, ale ta mętna atmosfera dnia wczorajszego prędko ustąpiła miejsca świeżym promieniom wschodzącego słońca i magii budzącego się do życia nowego początku.
Sam bieg rozpoczął się punktualnie o godzinie 9:00, kiedy to dobre 300 zawodników ruszyło sprawnie spod kina Sokół i pognało ku halom i graniom, hej!
Pierwsze kilka kilometrów to gonitwa ulicami Zakopanego i rzut okiem na skocznię narciarską.
Potem były już tylko góry. Góry, które sprawiły, ze po raz pierwszy w życiu poczułem się jak w innym wymiarze. I żałuję tylko, że nie potrafię opisać tego co tam przeżyłem. Ale może to i dobrze... Niech to pozostanie między mną, górami a...Druhem Mardułą!
Sam bieg rozpoczął się punktualnie o godzinie 9:00, kiedy to dobre 300 zawodników ruszyło sprawnie spod kina Sokół i pognało ku halom i graniom, hej!
Pierwsze kilka kilometrów to gonitwa ulicami Zakopanego i rzut okiem na skocznię narciarską.
Potem były już tylko góry. Góry, które sprawiły, ze po raz pierwszy w życiu poczułem się jak w innym wymiarze. I żałuję tylko, że nie potrafię opisać tego co tam przeżyłem. Ale może to i dobrze... Niech to pozostanie między mną, górami a...Druhem Mardułą!
Ahoj!
czwartek, 31 maja 2012
środa, 30 maja 2012
Orzeźwienie
Mam to szczęście, że z pracowego okna widzę park. I ten park tak napęczniał zielenią po wczorajszej ulewie, że wyrażenie "miejska dżungla" nagle zaczęło mieć sens. Wróciła też rześkość, której od wielu już dni tak bardzo brakowało.
wtorek, 29 maja 2012
Subskrybuj:
Posty (Atom)




















