piątek, 18 maja 2012

Królowa Mura

Mura to nasz owczarek niemiecki. A właściwie owczarka, bo Mura to suka. To najpiękniej starzejąca się suka, jaką kiedykolwiek widziałem. Co prawda już nic nie słyszy, kiepsko widzi i ledwie łazi, ale nie zmienia to faktu, że z każdym przeżytym dniem wygląda coraz dostojniej. Nie bez przyczyny dorobiła się przydomku "Pies, który wygląda jak Lew". Swoją godną starość Mura zawdzięcza dzielnemu druhowi Bogumiłowi, który otoczył ją opieką i troską, wtedy kiedy najbardziej tego potrzebowała. I dlatego Pan Gumił może liczyć na dozgonną wdzięczność Królowej i jej poddanych!

Ambasador Kuszmandii składa hołd Królowej Murze
 

czwartek, 17 maja 2012

Okno na świat

Nie ogarniam!

Wszyscy wszystko ogarniają! Przeraża mnie postępująca degeneracja naszego języka, a słowo "ogarniać" stało się jej prawdziwym symbolem. Jeszcze niedawno wszystko było wypasione zamiennie z zajebistym. Za to dziś wszystko jest ogarnięte - ogarnięty jest chłopak, ogarnięta dziewczyna, ogarniamy się w pracy, w domu, na studiach. Już nawet piękne "pośpiesz się" po mału poddaje się okropnemu "ogarniaj się". Ogarniać się może oznaczać wszystko. Ale dla mnie oznacza raczej wielkie NIC!

Cushfield&Wakeman

Korporacja to bardzo ciekawy mikroświat - możesz w niej dzień w dzień witać się serdecznie z człowiekiem, którego nie znasz nawet z imienia. Ale zdarza się też, że ktoś, z kim pracujesz wiele miesięcy ramię w ramię, nagle odchodzi bez słowa pożegnania. To zupełnie inaczej niż w świecie, do którego jestem przyzwyczajony... 

wtorek, 15 maja 2012

Marathome

Beskid to dla mnie dom. Dom to bezpieczeństwo. Ale od minionej niedzieli to także przygoda.
Ta przygoda to Maraton Naftowy - ponad 42 kilometry przebiegnięte po mojej ukochanej ziemi. Prawie 4 godziny bólu, potu i łez szczęścia. W tę niedzielę poznałem mój ukochany beskid na nowo. Zakochałem się w nim tak jak co jakiś czas na powrót zakochuję się w mojej Magdzie. Beskid mnie oczarował - zbiegami, podbiegami, widokami, szarymi chmurami kłębiacymi się nad Klimkówką, słońcem, które wyłoniło się gdy w tempie derkacza gnałem w dół Nowicy. Nie do opisania jest uczucie, gdy na 20 kilometrze zobaczyłem na podjeździe domu rodzinnego dwie znajome twarze, które czekały z przygotowaną zawczasu butelką izotoniku. A gdy dwa kilometry dalej spotkałem na trasie Panów Grybla i Matałę, których znam od szczenięcych lat, a którzy teraz podekscytowani serwowali zmęczonym biegaczom wysowiankę z plastikowych kubeczków, chciało mi się krzyczeć ze wzruszenia. I już nie wiedziałem, czy się śmiać czy płakać, kiedy zdałem sobie sprawę, że z tej radości akurat mój kubeczek napełnić zapomnieli. Ale nic to, bo już paręset metrów dalej stał oparty o barierkę słynny agroturysta Lech Wronek. Aż mi się włos jeży na karku, gdy sobie przypominam porozumiewawcze skinięcie dłoni którym się wymieniliśmy, gdy skręcałem w stronę podbiegu pod Oderne. On, urodzony wódz i ojciec swoich córek, facet, który zbudował najwiekszą rodzinę pod słońcem i ja, współczesny wojownik walczący o jego uznanie. Jeden gest wart miliona słów. Jedna chwila, jeden moment, a dał mi siłę by wbiec pod morderczą stromiznę na dosłownie jednym tchu. I dopiero później, gdy zadzwoniłem do niego już z drogi powrotnej, przyznał mi się, że w plecaku, którego nawet nie zdążył otworzyć, miał całą baterię napojów przygotowanych specjalnie na moje przybycie...
Ale co się odwlecze, to nie uciecze, bo już za górą oczekiwała mnie z wypełnionym po brzegi bidonem słynna Perła Beskidu z Poznania. Dwa łyki gazowanki z jej rąk dały mi więcej niż jakikolwiek napój regenerujący. Wtedy wiedziałem już, że dam radę, że Naftowy jest mój. I tak też się stało - w równym tempie udało mi się pokonać uściańsko-kwiatońską dolinę, skwirtnieńskie pagórki i długi, arcyciężki podbieg za Hańczową. Ostatnie dwa kilometry do mety w Wysowej to już ciągły zbieg. Piszczele zdawały się przebijać przez skórę, kolana krzyczały o litość, a kostki przy uderzeniach o podłoże rozpłaszczały się  bezwładnie niczym wymięte flaki. Wpadłem na metę z czasem 3:57:01, o ponad godzinę wolniejszym od zwycięzcy. Jednak po tym co przebyłem, czułem się, jakbym został mistrzem świata, jakbym wzniósł się w powietrze i odleciał do innej galaktyki. Moment ukończenia maratonu moge porównać jedynie z łykiem wody wpływającym w wyschnięte gardło, gorącym prysznicem padającym na wyziębione ciało czy płomiennym miłosnym uniesieniem. Jednak, w przeciwieństwie do nich, ukończenie maratonu nie jest krótką, rozkoszną chwilą a długim procesem, który rośnie w tobie i pęcznieje, a którego kres dobiega dopiero wtedy, gdy przestanie boleć ostatnie z naciągniętych ścięgien i ostatnia z wielu obitych kosteczek w twoim ciele...

Mały format

Czasem mówi się, że małe jest piekne. Ale czasami małe bywa również wielkie. Zgadzam się z tym i postanowiłem nieco zmienić charakter mojego bloga. Zainspirowała mnie znajoma spod herbu osowiałego kota. Ona nie pisze elaboratów, za to koncentruje się na pozornie nieważnych wydarzeniach i przemyśleniach uwitych każdego kolejnego dnia. Ja też tak chcę! Dlatego od dziś moje wpisy nie zawsze będą długie. Czasem będą krótkie, za to treściwe. I nie mam wyrzutów sumienia,w końcu żyjemy w epoce nano. A zatem, niech żyje mój nano-blog!

czwartek, 5 stycznia 2012

Laki Lok z Krainy Potoczków

Mój ojciec jest kowbojem. Jeździ na koniu, wygradza pastwiska, przegania intruzów i doi kozy. A z mleka, które udoi, wyrabia pyszne białe sery. Sery pakuje do słoików, by na końcu rozdać je gościom, którzy odwiedzą go w krainie potoczków. Kraina potoczków to jego ziemia, może nie ojczysta, ale prawie obiecana. Kraina potoczków ma wiele zalet – bliskość prawdziwie czeskich knedlików, sąsiadkę Ślązaczkę i jej świeże jajka, wspaniały widok z Trójmorskiego Wierchu i uroczą kamienistą drogę wijącą się między rozległymi łąkami. Jednak największą zaletą tego miejsca jest on sam.
Mój ojciec, zwany Laki Lokiem – jak na prawdziwego kowboja przystało – najbardziej na świecie lubi kapelusze. Ma ich całą kolekcję, a najbardziej ceni sobie te australijskie. Najlepsze pochodzą z fabryki Akubra. Oprócz kapeluszy Laki Lok zbiera też kowbojskie siodła, kowbojskie dżinsy, kowbojskie płaszcze i w ogóle wszystko co kowbojskie. Ma też imponującą kolekcję płyt CD i filmów DVD. Muzyka? Najlepsze są ścieżki dźwiękowe z westernów. Filmy? Wystarczy, że wspomnę, jak wiele lat temu dziadek Józek zabrał małego Darka do kina. Traf chciał, że dziecięcy film, który akurat mieli grać, z jakiegoś powodu został zastąpiony krwawą jatką z zamaskowanymi rewolwerowcami w rolach głównych. Jak się później okazało, ta niewielka zmiana w repertuarze kina miała oznaczać wielką zmianę w psychice chłopczyka, który dwie dekady później został moim ojcem. Tamtego dnia świat pożegnał małego Darka i przywitał kowboja Loco.
Moje relacje z ojcem można podzielić na trzy fazy:
1)      Okres miłości bezwzględnej, kiedy to jako dziecko byłem zdany na niego, a on otaczał mnie troskliwą opieką i mnóstwem czułości;
2)      Okres buntu, kiedy ja buntowałem się przeciwko niemu a on przeciwko mnie, i obydwaj byliśmy w stanie robić sobie bezmyślne nieprzyjemności wszelkiej maści;
3)      Okres pojednania czy też akceptacji, kiedy to po latach zwarć i spięć postanowiliśmy wzajemnie uznać swoją suwerenność i polubić się takimi jakimi jesteśmy.
Dziś, kiedy wydaje mi się, że dobrnęliśmy szczęśliwie i w całości do trzeciego etapu – w moim odczuciu najważniejszego – mogę śmiało powiedzieć, że niewiele jest spraw na tym świecie przyjemniejszych od pojednania z ojcem. Pojednania z matką też są dobre, ale matka to co innego. W dużej mierze jesteśmy przecież jej częścią, a wszystko co z nią związane jest prawie święte. Z ojcami rzecz się ma inaczej, bo są nam niby bliscy a jednak tak dalecy, no bo przecież ani przez chwilę nie nosili nas pod sercem, kazali uczyć się matematyki, a po wywiadówkach często robili groźną minę. Ojcowie krzywią się, kiedy je się chipsy na tylnej kanapie samochodu, nosi Lenary, słucha innej muzyki niż oni, przyprowadza do domu dziewczyny szczuplejsze niż ich żony i śmieje się z nich, kiedy źle wymawiają nazwiska zagranicznych piłkarzy. Mój ojciec – jak każdy inny – na pewno popełnił w naszej relacji mnóstwo błędów, ale dziś kiedy patrzę na nie z perspektywy czasu, nie widzę w nich ani krzty złej woli a jedynie zwykłe niedoskonałości charakteru. Mój ojciec-kowboj zyskuje w moich oczach z każdym dniem i z każdą chwilą przeżytą według własnych reguł. Można psioczyć, że wybierając „banicję” w krainie potoczków odizolował się, odciął od bliskich, że jest niewolnikiem własnego wizerunku, ale tak naprawdę jakie to ma znaczenie? On po prostu w sferze marzeń pozostał małym Darkiem, dzieckiem, które nikomu nie chce zrobić krzywdy a jedynie pragnie dobrze się w życiu bawić i odkrywać piękno świata. To taki Piotruś Pan, któremu zamiast skrzydełek z ramion wyrosły ze stóp kowbojskie buty, Złotousty, zostawiający za sobą złamane serca, głodnych bliskości przyjaciół, a często i rodzinne zgliszcza. Jednak ponad tym wszystkim częściej niż katem uczuć, jest dla napotkanych ludzi  inspiracją i radością. I nawet jeśli jest to radość chwilowa, dla wielu to jedyna prawdziwa radość w życiu. Wiem, że Laki Lok jest dobrym i niezwykłym człowiekiem i – mimo wszystko – wierzę, że jak tylko zdoła uwolnić się od wizerunku wiecznie zbuntowanego niszczyciela konwenansów, będzie wspaniałym dziadkiem i wiernym przyjacielem swoich przyjaciół. A na końcu – niczym Ben Wade – sam wsiądzie do pociągu do Yumy i rozliczy się z wciąż goniącą go przeszłością…