wtorek, 24 maja 2011

Inne spojrzenie na Innowicę

Jestem doświadczonym Innowiczaninem - z czterech dotychczasowych edycji festiwalu opuściłem jedynie tę pierwszą. W następnych latach można było już na mnie stawiać w ciemno. Czasem w klapkach, czasem w kaloszach - zawsze byłem. Nie zdołały mnie wystraszyć ani ubiegłoroczne ulewy ani tegoroczne mroźne wieczory. Trzeba jednak przyznać, że moja obecność na IV Innowicy jeszcze kilka miesięcy temu wcale nie była taka pewna. Siedziałem wtedy na drugim końcu świata w Vancouver przyzwyczajając się do myśli, że zostanę tam na dłużej. I tylko co jakiś czas pojawiały się w głowie tęskne myśli. Najbardziej tęskniłem wtedy za moją Magdą, jednak równie mocno zmagałem się ze świadomością niemożności złożenia życzeń ślubnych mojemu przyjacielowi z połoniny czy wyściskania kochanych siostrzeńców. Ciekawe, że w tym całym nostalgicznym tyglu znalazło się też miejsce na ciepłe wspomnienie o...Innowicy. Oczywiście brakowało mi spotkań z przyjaciółmi w ogóle, jednak o spotkaniach innowickich myślałem ze szczególnym rozrzewieniem. Może dlatego, że życiowe ścieżki moje i wielu moich znajomych często spotykają się jedynie tam - na wąskiej drodze w małej wiosce w Beskidzie Niskim. W praktyce wygląda to tak, że nie widzimy się okrągły rok po to tylko, by w pierwszych dniach maja wymienić jedno spojrzenie, jedno serdeczne pozdrowienie, które czasem przeradza się w krótką pogawędkę a czasem w długą rozmowę ciągnącą się za przysłupiańskim strumieniem w ciemność nocy. I naprawdę niewiele brakowało, a miałbym dziś w sobie tej nostalgii na myśl o Innowicy jeszcze więcej. O mały krok a przyszłoby mi żyć ze świadomością, że na spotkanie z wszystkimi tymi radosnymi twarzami  przyjdzie mi czekać co najmniej kolejny rok.

 
Na całe szczęście magdaleńska inkwizycja w ostatniej chwili zdążyła wyrwać mnie ze szponów kanadyjskiego niedźwiedzia, syrop klonowy zmienić w sok z brzozy, a na koniec bezpiecznie ściągnąć z powrotem do domu. A tym samym uratować dla mnie Innowicę 2011. Innowicę, która bardziej niż z aktorami czy z muzyczną sceną kojarzy mi się ze spotkaniami na drodze. I o nich będzie ten tekst - nie o teatrze ani o muzyce, a o spotkaniach na drodze.

 
Słowo 'droga' potrafi się w Beskidzie zmaterializować w wielu różnych formach - czasem jest poutykaną błękitnymi chyżami gminną asfaltówką, czasem niebieskim szlakiem wspinającym się dzielnie ku schronisku na Magurze, innym razem odartą z drzew połoniną rozświetloną popołudniowym słońcem, ale zdarza się jej też być jednym z wielu samozwańczych parkingów utworzonych przez tych, którzy tak jak pies Bern, lepiej niż na czterech łapach czują się na czterech kółkach.

 
Spotkania na drodze mają dla mnie wymiar magiczny i stanowią namiastkę tego, co wydaje się pomału bezpowrotnie odchodzić - 'przystawania'. Większość z nas żyje w miastach, większość ma samochody, większość idzie do przodu nie rozglądając się na boki. Nowica to dla mnie to miejsce na świecie, a majówka to ten czas w roku, kiedy na chwilę przystaję, zaczynam dostrzegać ostrość kolorów zwykle przytłumionych przez aglomeracyjną szarość i przypominam sobie, jak ogromnie krzepiące może być zwykłe 'cześć' usłyszane z ust kogoś idącego z miejsca, w które my dopiero zmierzamy.  Na nowickiej drodze nigdy nie wiesz, kogo spotkasz za kolejnym zakrętem - czy będzie to mały chłopiec robiący na poboczu plecionkę z muliny,

 
wielobarwna rodzina przyozdobiona wszystkimi kolorami tęczy,

 
a może dziennikarz radiowy, próbujący złapać w swój mikrofon (na którym niejedne zęby już zjadł) kilka megabajtów śpiewu budzącej się do życia, wiosennej łąki.


Nie możesz być też pewny, czy z naprzeciwka nie nadjedzie półciężarówka wypełniona aktorami Teatru Lalek, których nowicka publiczność pożegna spontanicznie wykonaną meksykańską falą.

 
Trzeba być czujnym, bo można się tam również natknąć na grupę jeźdźców konnych zmagających się ze swoimi butnymi rumakami równie zaciekle, jak one same zmagają się z apetytem wygłodniałych majowych gzów kąsających je łakomie w tłuste zady.


Czasem możesz stanąć oko w oko z facetem zagłębionym w czerwonym socrealistycznym fotelu,


a jeszcze innym razem ze strachem na wróble w barwach prawie portugalskich.


Spotkania na drodze są przeciwieństwem spotkań wirtualnych, które nie wymagają ani szczególnej inwencji ani zaangażowania. Tam wystarczy, że zaświecisz się na zielono i już jesteś dostępny. W odróżnieniu od znajomości internetowych, na drodze nie możesz potajemnie sprawdzić, czy twój rozmówca 'lubi to' czy tamto, nie możesz też zerknąć, gdzie spędził ostatnie wakacje ani czy 'jest w związku z'. Jeśli chcesz się tego wszystkiego dowiedzieć, musisz zapytać. Chciałbym napisać 'po prostu zapytać', ale wydaje mi się, że pytanie kogokolwiek o cokolwiek powoli przestaje być czymś prostym. W końcu dużo prościej jest wejść na czyjś komputerowy profil i dowiedzieć się o nim wszystkiego bez konieczności zadawania jakichkolwiek pytań. I z tego właśnie powodu uważam, że spotkania Innowickie są zjawiskiem dużo cenniejszym niż się nam wszystkim wydaje. Bo mamy tam okazję zetknąć się z żywym człowiekiem, jego głosem, pracą jego rąk i nóg, zobaczyć na własne oczy, że ktoś wyglądający z pozoru na ostatniego wykolejeńca, w rzeczywistości może być wspaniałym artystą, mamy okazję dostrzec to co jest w nim a nie na nim. Oczywiście może się też zdarzyć, że ten z pozoru wykolejeniec może być z natury dokładnie tym na kogo wygląda albo i kimś jeszcze gorszym, ale szczerze wierzę, że zwykle działa to w tę lepszą stronę. 
Spotkania na drodze czasami bywają jednak zgubne. Szczególnie wtedy, gdy śpieszysz się na jakieś przedstawienie, a twój dom dzielą od sceny trzy długie kilometry, zaś na każdym z nich natykasz się na kogoś znajomego, z kim masz do obgadania cały rok spraw mniej lub bardziej ważnych. I tym właśnie sposobem mój i Magdy udział w Innowicy 2011 ograniczył do obejrzenia jedynie dwóch spektakli - tego pierwszego i tego ostatniego. I choć nie żałujemy ani sekundy spędzonej na 'asfaltowych pogaduchach', zarówno otwierający spotkania Grzepiór i spółka, jak i efektowny finał w wykonaniu Teatru Biuro Podróży sprawiły, że dziś trochę nam głupio, że na wszystkie pozostałe przedstawienia po prostu się spóźniliśmy...

 
Obydwie grupy zaprezentowały bowiem teatr plenerowy na najwyższym poziomie. Teatr Lalek oczarował dzieci dynamizmem i pomysłowością, dorosłych zaś wspaniale wykonanymi maskami i abstrakcyjnym humorem rodem z krainy Monty Python'a. Jeśli chodzi o 'Carmen Funebre', jego jedyną wadą było to, że bliźniaczo podobny, ale jednak przygotowany z dużo większym rozmachem spektakl ('Arka'), wystawiły na Innowicy dwa lata temu poznańskie Ósemki. Nie zmienia to jednak faktu, że aktorzy-podróżnicy dali z siebie wszystko i po spaleniu (kontrolowanym) prawie całej scenografii mogli być z siebie naprawdę zadowoleni. Innowiczanie podsumowali ich występ po poznańsku: oszczędnymi choć szczerymi brawami i zgodnie ruszyli na dół wsi. Jedni na koncert Basi Kontrabasi (choć tak naprawdę zespół nazywa się Chłopcy kontra Basia), a inni (jak ja) wprost pod 'okno Oli'.

 
'Okno Oli' podobno zapoczątkowało swoją działalność już w zeszłym roku, ja jednak w niewiadomy sposób zupełnie ten fakt przeoczyłem. Tym większa była moja radość kiedy zobaczyłem, że Ola z Karolinką, Czarną Gosią i całą bandą młodych pomocników zorganizowały amatorską kuchnię na bardzo profesjonalnym poziomie.

 
I tak, do dziś pamiętam wyborny smak ziółek ze słoika, gorących podpłomyków prosto z blachy, kotlecików wegetariańskich zawiniętych w liść sałaty i ciasta przekładanego niebiańskim kremem. Myślę sobie, że byłoby wspaniale gdyby kuchnia z okienka działała w Nowicy już co roku. Byłby to dla mnie powód nie mniej ważny od teatrów i koncertów, żeby częściej zaglądać pod wesoło jammujący adres Nowica 9.      

P.S. Bożenka, nie miałem w 'pojedynku' z Tobą żadnych szans ;-)

               

środa, 16 lutego 2011

Tanczaca z Luksemburczykami

Tatanka - tak amerykanscy Indianie nazywali wielkie wlochate stwory, ktore podobnie jak oni sami spedzaly zycie na przemierzaniu prerii w poszukiwaniu jedzenia. Bizony jadly trawe, Indianie bizony, a na koncu i bizony i Indian 'zjadly' niestety zadne krwii i zyzniejszych terenow blade twarze.  Jednak zanim to sie stalo Indianie i bizony mieli chwile, zeby sie lepiej poznac. Owszem, czerwonoskorzy zjadali je, ale nie patrzyli na nie tak jak my patrzymy dzisiaj na udziec wolowy w supermarkecie. Bizon byl bowiem dla Indianina jak taka swieta krowa, tyle tylko, ze - w przeciwienstwie do hinduskich siostr i braci - nie byl nietykalny. Indianie traktowali tatanke z wielkim szacunkiem i jesli juz zdecydowali sie ja ukatrupic, nie pozwalali sobie na zadne marnotrawstwo - mieso bylo zjadane, z kosci robiono narzedzia i naczynia, a skory przerabiano na ubrania. Bizon byl zrodlem zycia, gwarancja bezpieczenstwa i naturalnym pomostem pomiedzy czlowiekiem i natura. Czy mozna zatem powiedziec, ze tatanka byla 'matka' Indian? Tego nie wiem, za to smialo moge stwierdzic, ze matka - i to najlepsza z najlepszych - jest Tatianka. Ale to juz temat na odrebna definicje...   

Tatianka - tak nazywa sie Najdrozsza Matka kanadyjskiego pseudo-indianina z wschodnioeuropejska przeszloscia (i przyszloscia pewnie tez). Nie jest ona co prawda wielkim wlochatym stworem, a jej preria troche za bardzo przypomina las, zeby byc prawdziwa preria, ale i tak z bizonami ma sporo wspolnego. A to za sprawa jej serca - wiekszego jeszcze niz to bizonie. Pamietacie scene z 'Tanczacego z Wilkami', w ktorej Costner zdobywszy uznanie towarzyszy polowania zostaje przez nich zachecony do wgryzienia sie w tatankowe aorty? Wyobrazcie sobie wiec, ze serce tatiankowe jest od niego jeszcze wieksze - jest wielkie jak dom, albo nawet dwa domy, albo nawet trzy... Chociaz nie, ono jest wielkie jak wszystkie domy tego swiata!
I dzis, w dniu w ktorym Moja (i Nasza!) Ukochana Mama Tatianka rozpoczyna kolejna wielka przygode na swojej drodze, pragne podziekowac jej za to, ze oddala mi (i Nam) czesc tego swojego wyjatkowego serca.

Mamo, nigdy Ci nie zapomne calego dobra, ktore zawsze staralas nam sie pokazac, i tego, ze zawsze chcialas, zebysmy my - Twoje dzieci - byli przede wszystkim dobrymi ludzmi. Uczciwymi i porzadnymi. Dopiero tu, daleko w Kanadzie, zrozumialem, ze Twoja praca byla jest i bedzie bezcenna. Zrozumialem, jak wiele mi dalas i pokazalas. I chce Ci za to podziekowac z cala moca, tak zeby moje wolanie uslyszal caly swiat!
Kocham Cie Mamo i zycze Ci spelnienia na nowym etapie Twojego zycia - zycze Ci usmiechu, odwagi i milosci.
Badz szczesliwa!

A na poczatek luksemburskiej przygody pragne zadedykowac Ci ponizszy utwor, tak zebys pamietala, ze niezaleznie od tego, gdzie zaniesie Cie wiatr drugiej mlodosci, Twoj dom zawsze bedzie w naszych sercach. Zawsze ...


http://www.youtube.com/watch?v=4306i99LMXo&feature=relmfu

sobota, 12 lutego 2011

Krotka ballada o Harrym Wangu

W ubiegly poniedzialek mialem okazje zjesc pierwsze w zyciu prawdziwe japonskie teriyaki. Niejaka Leslie zaprosila mnie bowiem do restauracji Osaka na pozegnalna kolacje naszego meksykanskiego kolegi po stajennym fachu - Raula. Leslie niby jest Kanadyjka, ale tak naprawde polowa krwii plynacej w jej zylach to produkt czysto polski. I chocby chciala, nie zdolalaby sie tej polskosci wyprzec. A to dlatego, ze wyglada jak, wypisz wymaluj, podrecznikowa zona gorala niskopiennego - ma z metr dziewiecdziesiat wzrostu, dlugie blond wlosy, uwielbia krwiste mieso, a sily u niej wiecej niz u dziesieciu koni. Leslie od dluzszego juz czasu podkochuje sie w Raulu i dla nikogo w Southlands nie jest tajemnica, ze chcialaby go posiasc. Jednak on jest bardzo czujny, i za kazdym razem, kiedy ona juz prawie zwabia go w swoja siec namietnosci, on wymyka sie jej z wdziekiem hiszpanskiej muchy. Mysle ze odziedziczyl ten szosty zmysl po swoich iberyskich dziadkach, ktorzy przybyli do Meksyku na poczatku XX wieku.
Raul pochodzi z Guadalajary i jest synem zubozalego krowiego potentata, ktory calkiem niedawno stracil cale swoje poglowie (ponad 400 sztuk bydla) na jakichs lewych interesach, i teraz ledwie wiaze koniec z koncem. I to miedzy innymi wlasnie dlatego wyslal swojego najstarszego syna do pracy za granice. Raul, zanim trafil do Vancouver, przebidowal pol roku w Toronto, gdzie bez powodzenia staral sie zaczepic w swojej wyuczonej bankowosci. Kiedy przywedrowal na zachodnie wybrzeze, nauczony doswiadczeniem, juz nawet sie nie ludzil, ze przygarnie go Bank of Montreal, Bank of Nova Scotia czy inna kapitalistyczna instytucja z rodziny 'of', tylko od razu zakasal rekawy i zaczal hurtowo przerzucac konskie lajno w zielonej krainie nad rzeka Fraser.
Czwartym uczestnikiem naszego pozegnalnego spotkania byl Avery, 16-letni syn Leslie, a zarazem najwieksza przeszkoda stojaca na jej drodze do zdobycia meksykanskiego lingama. Avery jest jeszcze wyzszy od matki, i jak sie przekonalismy tamtego wieczoru, jeszcze bardziej od niej miesozerny. Na szczescie, po tym jak wchlonal na przystawke cala rodzine soczystych krewetek, a pozniej domowil jeszcze sztuke miesa i porcje kurczaka w sosie imbirowym, okazalo sie, ze jak juz sie naje, robi sie calkiem sympatyczny i dosc gadatliwy. I dzieki tej jego gadatliwosci poznalem przesmieszna anegdotke z zycia kanadyjskich dziewiatoklasistow.
Nasza rozmowa od poczatku nabrala naturalnie zwawego tempa, i nawet nie zdalismy sobie sprawy, kiedy zeszlismy na temat Azjatow w Vancouver. 'Jeszcze zanim tu przyjechaliscie' - zapytala Leslie - 'mieliscie pojecie, ze jest tu ich tak duzo?'. 'Czytalem, ze macie tu Chinatown z prawdziwego zdarzenia' - odpowiedzialem - 'i ze lokalny chinski gang jest najsilniejszy ze wszystkich, ale to wszystko.' Leslie szybko wyjasnila nam jak jest naprawde. Chinska ekspansja osiagnela juz tak wysoki poziom, ze wiele osob smieje sie, ze niewiele brakuje do tego, by Vancouver zostalo wkrotce wcielone do ChRL, a Hu Jintao zmienil nazwe stanu z 'British' na 'Chinese Columbia'. Szczesliwie, poki co Elzbieta II moze spac spokojnie, i jesli juz dochodzi do jakichs transformacji, to raczej odbywaja sie one w druga strone. To Chinczycy staraja sie jak najbardziej upodobnic do Kanadyjczykow a nie na odwrot, co czesto prowadzi do sytuacji tak zabawnych jak ta, o ktorej opowiedzial nam Avery.
W jego klasie na 25 uczniow piecioro jest bialych, jest tez niewielka frakcja hinduska, a cala reszte stanowia Azjaci z przewazajaca wiekszoscia malych Yīngxióngow. Sa to przewaznie dzieci bardzo bogatych chinskich przedsiebiorcow, ktorzy w przeciagu kilku ostatnich lat wyemigrowali do Kanady. A nawet nie tyle wyemigrowali co po prostu uciekli -  w pewnym momencie padl na nich bowiem blady strach ze strony Partii, ktora poczatkowo bardzo pomocna w robieniu interesow, z czasem zaczela patrzec z ogromna niechecia na wszelkie proby uniezalezniania sie od niej przez jej skosnookie kurki znoszace zlote jajka. Dlatego ci, ktorzy mieli glowe na karku i instynkt samozachowawczy, kiedy tylko wyczuli, ze drzwi od kurnika sa odrobine uchylone, a wielka Li Sica stracila na moment czujnosc, wypchali kieszenie swoimi ciezko zarobionymi jenami i momentalnie prysneli na druga strone Pacyfiku. I tyle ich bylo widac...
Jednak instynkt, ktory zdolal wyrwac ich ze szponow Zlego Komunistycznego Smoka, nie byl w stanie uratowac niektorych z nich przed utrata czujnosci juz na nowej ziemi. I tak, po tym jak kupili sobie kanadyjskie samochody, zaczeli jesc kanadyjskie jedzenie, a z kanadyjskimi sasiadami przeszli na 'ty', postanowili, ze ich dzieci tez beda kanadyjskie. Przynajmniej z pozoru. Jednym z takich kanadyjskich Chinczykow jest kolega z klasy Avery'ego. Przeprowadzil sie do Vancouver razem z rodzicami kilka lat temu i nawet nie zdazyl jeszcze nauczyc sie jezyka, kiedy zrozumial (oczywiscie z wydatna pomoca towarzyszy ze szkolnej lawy), ze Pan i Pani Wang popelnili niewiarygodna wrecz zbrodnie przeciwko niemu. Razem z kupionym za ciezkie pieniadze obywatelstwem postanowili bowiem dac mu cos jeszcze - prawdziwe anglosaskie imie godne przyszywanego Syna Albionu. Nazwali go Harry. Jedyny problem w tym, ze slowo 'Harry' wymawia sie po angielsku niebezpiecznie podobnie do 'hairy' - czyli 'owlosiony'. Za to Wang w mowie potocznej to nic innego jak, przepraszam za wyrazenie, zwykly...kutas!

czwartek, 3 lutego 2011

Z wizyta u Brata Wielkiej Wody (czesc I Magdo-Mikolajowej eskapady po Zachodnim Wybrzezu)


Jesli kiedykolwiek sie zdarza, ze kierowcy ida do raju, jestem wiecej niz pewny, ze  ich skrzydlate karawany docieraja tam amerykanska miedzystanowa droga numer 101. W sumie przejechalismy ta prowadzaca z Olympii w stanie Washington do Los Angeles w Kalifornii, piekniejsza siostra slynnej szescdziesiatki szostki, ponad 1500 mil. A nie byla to jeszcze nawet polowa z dystansu, jaki w ciagu dwoch srodkowych tygodni stycznia pokonalismy po drogach i bezdrozach dawnego Dzikiego Zachodu.
U.S. Route 101, bo o niej mowa, powstala w 1926 i w wielu miejscach pokrywa sie z dawnym szlakiem El Camino Real, niegdys laczacym ze soba hiszpanskie misje, forty i miasteczka rozsiane po calym Zachodnim Wybrzezu. Pozniej, juz w czasach jankeskich, przez wiele lat ta sama sto jedynka byla najwazniejszym traktem transportowym polnoc-poludnie, ktorym w jedna strone wozono drewno, lososie, kraby i inne morskie przysmaki, a w druga, na pakach ogromnych truckow, mknely swieze kalifornijskie warzywa i owoce.  Czas jej swietnosci skonczyl sie wraz z otwarciem w 1964 roku ekspresowej autostrady miedzystanowej numer 5 laczacej Seattle z San Diego, ktora zagarnela dla siebie prawie caly naziemny ruch, a w szczegolnosci ten wielkokolowy.
Dokladnie w tym samym czasie pierwsze pieluchy brudzil w Chicago Eddie Vedder, ktory mimo, ze dopiero co otworzyl oczy, juz wtedy cieszyl sie w duchu, ze w przyszlosci, na drodze na surfing w Mission Beach nie bedzie musial walczyc o przetrwanie z wielkimi ciezarowkami, a wrecz przeciwnie - jego jedynym zmartwieniem bedzie kolor wody i wysokosc fal na oceanie...

Nasza wyprawa, podobnie jak Vedder, i caly grunge zreszta, byla troche grzeczna a troche szalona, odrobine zadziorna ale jednak szarmancka. I podobnie jak grunge, rozpoczela sie i zakonczyla w Seattle - miescie tak malowniczym, ze az prawie malowanym.


Jesli juz jestesmy przy malarstwie, trzeba przyznac, ze w kwestii aktywnosci stricte turystycznej zaczelismy nasze wakacje z wysokiego C. A nawet P. Tak sie bowiem zlozylo, ze kiedy drogi moje i Maddaleny splotly sie w stolicy bezsennosci, lokalne muzeum sztuki wystawialo wlasnie dziela...samego Pablo Picasso.


Tak wiec, zanim ruszylismy na nasze wymarzone poludnie, pozwolilismy sobie na skromne kubistyczne rekolekcje, i mimo ze nie odnalezlismy ani mojego ulubionego 'Pana z Teczka' ani slynnej 'Guerniki', obydwoje wyszlismy z Seattle Art Museum z szerokimi usmiechami na twarzach. Troche dlatego, ze w ogole bylismy szczesliwi znow bedac razem, troche z powodu nieporozumienia, w wyniku ktorego nie musielismy placic za wstep, a jeszcze troche, bo ubawila nas pewna odrobine obrazoburcza swinka, napotkana na drodze do Pana z Avignonu.
   

Pozniej bylo juz mniej kulturalnie, za to juz tylko lepiej. Niczym bohaterowie 'On the Road' Kerouac'a, zalapalismy sie na droge, i nic poza nia (i nami samymi) nas nie obchodzilo...
A oto i uczestnicy wycieczki:

Magda A i Ford F:


mcdriver:
przed spotkaniem z hippisami:                                         

 i po:















Choc chwile nam zajelo, zanim przestawilismy sie z kilometrow na mile, z metrow na stopy, i z litrow na galony, i choc na poczatku dystanse odrobine nam sie dluzyly, szybko weszlismy w nowa rzeczywistosc, przystalismy na jej warunki, i chyba nawet troche sie z nia polubilismy... A kiedy za Portland zjechalismy z autostrady i zlapalismy kreta, lesna droge w kierunku oceanu, sympatia powoli zaczela przeradzac sie w milosc. Bylismy tylko my, droga i swiadomosc, ze lada chwila otworzy sie przed nami zupelnie nieznany, nieokielznany i tajemniczy swiat. Swiat dlugich, szerokich plaz, wielorybow, krabow, lwow morskich i kto wie czego tam jeszcze.
Do naszego pierwszego celu w Newport dojechalismy przed 23, i choc mielismy za soba osiem godzin ciaglej jazdy (z przerwa na meksykanskie tacos), nie moglismy sobie odmowic nocnego pojedynku na huczenie z Bratem Wielka Woda. Szczegolnie, ze nasz pokoj dzielilo od jego piaszczystego przedsionka jedynie 180 schodkow.
Pacyfik w styczniu jest niesamowity! Jest jak indianski szaman demonstrujacy swoim pobratyncom swa wielka moc, ale jednak nie skory do zrobienia im krzywdy. W swoim falujacym tancu zbliza sie do ciebie i oddala spiewajac rytmicznie i namawiajac do oddania sie magii chwili. A ty, gdy tak na niego patrzysz i wsluchujesz sie w jego wietrzna piesn, masz ochote zapomniec o granicy ladu i wody, i rzucic sie w jego otchlan zostawiajac za soba wszystko i wszystkich. Cale szczescie, ze urok szamana nie dziala na zakochanych, dzieki czemu my zamiast w otchlan, wolelismy rzucic sie sobie w ramiona i grzecznie wspiac sie z powrotem po naszych 180 schodkach wprost w glebie niewygrzanego jeszcze lozka.


11 godzin, 2 mile biegu na bosaka po plazy i pierwsze reczne pranie pozniej, postanowilismy sprawdzic, czy w Newport poza oceanem jest cos jeszcze. Znalezlismy kilka uroczych domkow usytuowanych nad samym urwiskiem, bedacych sladem po latach turystycznej swietnosci miasteczka, oraz cudowna, mikroskopijna kafejke serwujaca prawdopodobnie najlepsze sniadanie w calym Oregonie. Naszym zamowieniem zdziwilismy nawet pare Amerykanow, ktorzy siedzieli przy stoliku obok, a ktorzy wygladali na takich, co majonez pija zamiast wody, a sniadania raczej nie zjadaja na kolacje. Wspolnie z Magda przebrnelismy przez: jajecznice, fure francuskich tostow, musli, owsianke, pankejki, salatke owocowa i specjalnosc zakladu - organiczne slodkie buleczki z dzemem. Wszystko: podobno z lokalnych zrodel a do tego palce lizac! I tak, z pelnymi brzuchami i z Neilem Youngiem w odtwarzaczu moglismy jechac dalej na spotkanie z kalifornijskim sloncem.

Chwile wczesniej, kiedy wymeldowywalismy sie z hotelu Hallmark, zapytalem recepcjoniste, ile czasu zajmie nam dojechanie do sekwojowych lasow, tuz za granica ze Schwarzeneggerlandem. Wedle jego wskazowek powinnismy tam dotrzec w ciagu jakichs 7 godzin. Ale nie spiszcie sie - poradzil nam - sto jedynka sie nie jedzie, sto jedynke sie kontempluje. Po czym puscil nam oko i wrocil do swoich papierkowych spraw.  
No i trzeba przyznac, ze mial racje. Oregonskie wybrzeze oczarowuje i hipnotyzuje. Do tego stopnia, ze masz ochote zapamietac kazda sekunde, ktora tam spedzasz, zapisac w pamieci kazda mijana skale, kazdy pokonywany zakret. Pragniesz uchwycic ulatujacy moment i juz nigdy go nie wypuscic. A ostatnia rzecza, jaka przychodzi ci do glowy to wcisnac gaz do dechy i zostawic to cale piekno za soba. W rezultacie, jadac oregonskim odcinkiem US 101, masz wrazenie, ze wszystko dzieje sie w zwolnionym tempie -  fale rozbijaja sie o brzeg w rytmie slow motion jakby ocean byl nie jednym wielkim zywiolem, a zwyklym naparstkiem roztworu waleriany, zas kierowcy nadjezdzajacych z naprzeciwka samochodow zamiast obserwowac, co sie dzieje przed nimi, gapia sie leniwie na rozbryzgujace sie o skaly spienione wodne pioropusze. I tylko raz na jakis czas od niechcenia zerkaja na droge, by po chwili znow pograzyc sie w podziwianiu bezkresnego spektaklu majestatycznych fal Pacyfiku.      


Z racji tego, ze co i rusz zatrzymywalismy sie, zeby wtrzachnac jakies ciacho, kawe, albo zeby po prostu jeszcze przez chwile pogapic sie z wysokich klifow w dal, granice z Kalifornia minelismy, kiedy bylo juz zupelnie ciemno. W konsekwencji, nasze pierwsze w zyciu sekwoje nie zdolaly nam sie ukazac w pelnej krasie i podziwialismy glownie ich monstrualne pnie, oswietlone focusowymi reflektorami. Za to juz nastepnego ranka, po nocy spedzonej w przydroznym motelu w miasteczku o wymownej nazwie Fortuna, usmiechnelo sie do nas szczescie i zeslalo nam przed maske drogowskaz na 'Avenue of the Giants'. Ten dziwnie brzmiacy twor okazal sie byc...sekwojowa aleja z prawdziwego zdarzenia. Redwoody, bo tak na te siegajace nieba drzewa mowia Amerykanie, tym razem juz nie mogly sie przed nami schowac za zaslona nocy, i byly tak mile, ze pokazaly sie nam z najlepszej - tej zielonej - strony. Dlugo tak sobie lawirowalismy pod ich opiekunczymi galeziami, jednak po jakichs dziesieciu milach postanowilismy, ze moglibysmy tak jechac cala wiecznosc i nigdy nie miec dosc, wiec pozegnalismy sie z dopiero co poznanymi byczymi kuzynami naszych sosen i wrocilismy na stary kurs.
Choc okreslenie 'stary kurs' nie do konca tu pasuje, bo doslownie chwile pozniej okazalo sie, ze po raz pierwszy bedziemy odbijac z naszej, juz ulubionej, sto jedynki. I jesli tamta droge okreslilem mianem 'rajskiej', to naprawde nie znam slow, zeby oddac, jakie wrazenie zrobila na nas ta, na ktora wlasnie mielismy wjechac - California Highway 1. Zapewne wiele jest na swiecie miejsc, gdzie skaliste gory wpadaja wprost do oceanu, a w calym tym zamieszaniu jest jeszcze miejsce na odrobine asfaltu, po ktorym moga sobie wesolo brykac zmotoryzowani turysci. Jednak w tym przypadku widoki, mimo ze zachwycajace, nie byly najwazniejsze. Najwspanialsze bylo to, ze jadac jedynka, w przeciwienstwie do wielu innych szlakow nadmorskich i nadoceanicznych, masz wrazenie, jakby nie miala ona konca. Wyruszasz rano, kiedy slonce jest jeszcze schowane za szczytami gor, jedziesz przez caly dzien, a wieczorem, kiedy barwa oceanu, za sprawa tego samego slonca, zmienia sie z blekitnej w krwisto-czerwona, przed toba wciaz pozostaja setki mil tej nieprawdopodobnie romantycznej przeprawy. Tak, jedynka to prawdziwa orgia zmyslow. Jadac nia czujesz sie wolny. Wolny i silny.



Koniec czesci pierwszej.

czwartek, 6 stycznia 2011

Pociag do M.

Wlasnie zwial mi pociag do Seattle... A wszystko przez to, ze rozbisurmanily mnie nasze Inter Regio, TLK-i i inne pospiechy, do ktorych wskakuje sie na minute przed odjazdem i nie mysli sie o niczym innym oprocz dotarcia do celu. W przypadku pociagow Amtrak z miasta Canucks'ow do miasta Supersonics'ow  sprawy maja sie nieco inaczej. A mianowicie, zeby do niego wsiasc, musisz przejsc przez kontrole celna i wypelnic mnostwo dziwnych papierow i ankiet, ktore maja upewnic amerykanskich rangersow, ze nie zamierzasz wysadzic w powietrze ani slynnego seattle'anskiego spodka, ani grobu Hendrix'a, ani niczego innego. No i ja, niestety, wyszedlem z tej proby jako Big L (od looser - przegrany), i to bynajmniej nie dlatego, ze dopatrzyli sie we mnie materialu na terroryste, ale po prostu nie wyrobilem sie z odpowiedzeniem na te ich zabojcza dawke pytan. No bo w koncu musialem sie chwile zastanowic, czy nie przewoze na dnie plecaka zagrozonych gatunkow zwierzat, rzadkich roslin czy broni palnej, nie?! Szczegolnie to ostatnie pytanie zajelo mi pare minut, bo co prawda jeszcze nie nosze przy sobie gnata, ale w istocie, jestem w posiadaniu pieknego noza i zastanawialem sie, czy nalezy to zglosic czy tez nie. A noz jest wyjatkowy - to finka z rosyjskiego drewna, ktora wykonal polski imigrant zydowskiego pochodzenia, a ktora sprezentowal mi pod choinke niejaki Tik z plemienia kanadyjskich Indian Maynardow.
W rezultacie tych cichych zbrojeniowych dywagacji z papierami i samym soba, kontakt z pociagiem, ktory mial mnie powiezc na spotkanie z moja ukochana Magdalena, ograniczyl sie do zerkniecia zawiedzionym wzrokiem na jego oddalajace sie swiatla, stopniowo pozerane przez vancouverska mgle wymieszana z noca i gesto padajacym deszczem. Ale nic to, nie poddaje sie i jutro o 5.30 melduje sie na Pacific Central raz jeszcze i tym razem juz nic mnie nie powstrzyma przed pomknieciem prosto na lotnisko Tacoma, ktore juz teraz moze zaczac sie obawiac prawdziwego wybuchu...radosci i szczescia! Nigdy nie sadzilem, ze mozna sie za kims stesknic tak bardzo przez zaledwie cztery miesiace. Lec bezpiecznie Kochana :-*      

niedziela, 19 grudnia 2010

The Maynards

W holdzie Indianom, na terenie ktorych mieszkam, pracuje i pisze tego bloga, postanowilem zrezygnowac z tradycyjego opisu genealogicznego i przedstawic rodzine Maynardow w formie struktury plemiennej.  Warto w tym miejscu zaznaczyc, ze jestem chyba jedyna osoba w okolicy, ktora mowi na naszych Czerwonoskorych Braci wlasnie 'Indianie'. Wszyscy pozostali uzywaja bowiem hiperpoprawnej politycznie formy 'Rdzenni Mieszkancy Kanady', co w codziennej rozmowie brzmi rownie dyplomatycznie co idiotycznie. Mysle, ze nawet Ci, o ktorych mowa czyli 'Canada's Native Peoples'  slyszac to pelne hipokryzji okreslenie nie wiedza, czy sie z niego smiac, czy moze nad nim plakac. W koncu dziadowie tych, ktorzy teraz nakazuja obchodzic sie z Indianami jak z jajkiem, jeszcze so lat temu strzelali do tych samych Squamishow jak do kaczek...


Plemie Maynardow to najstarsza rodzina w wiosce, mowi sie o nich, ze przybyli tu jeszcze przed bizonami. Slyna z zycia zgodnego z natura, bronienia lokalnej tradycji i ze zwalczania postepu, ktory co i rusz probuje wkrasc sie do osady Southlands. No wlasnie, zanim przejde do przegladu przedstawicieli tego zacnego rodu, warto powiedziec pare slow o ich malej ojczyznie. Southlands to kiludziesiecio-hektarowy zielony skrawek wcisniety pomiedzy rzeke Fraser (jeden z najwazniejszych transportowych szlakow wodnych w Kanadzie), a brytyjska dzielnice Kerrisdale. Jeszcze trzydziesci lat temu o Southlands mowilo sie, ze to nieurodzajne bagno, ktorego w ogole nie powinno zaliczac sie do Vancouver. Ze wzgledu na polozenie ponizej poziomu morza i ciagle powodzie, nie dalo sie tu prowadzic zadnych upraw, w gre nie wchodzilo tez zalozenie mlyna ani tartaku. Dopiero pod koniec lat 80', kiedy miasto zaczelo sie bogacic (glownie na przemysle drzewnym i rybolostwie), a w glowach miejscowych potentatow zakielkowaly marzenia o wlasnej willi z wielkim ogrodem, Southlands zyskalo zupelnie nowy status. A to dlatego, ze podczas gdy w innych dzielnicach zabudowane zostaly juz najmizerniejsze nawet skrawki wolnego terenu, tutaj, pomiedzy oddalonymi od siebie o wiele metrow domami, wciaz hulal wiatr, a po drogach spokojnie przechadzaly sie jelenie, szopy pracze i kojoty. I nagle wszystkie te lesne stwory musialy wzniesc sie na najwyzszy poziom koncentracji, zeby nie stracic na spokojnych dotad traktach swojego wlochatego zycia. Bo oto bowiem do Southlands zaczely nadciagac napedzone dobra koniunktura rzesze nowobogackich Canucksow w swoich terenowych brykach z walizkami pelnymi dolarow. Zjezdzali 'na bagna', bo tylko tu mogli spelnic swoje sny o zbrojonych zamczyskach, japonskich ogrodach i garazach na cztery samochody. Byli gotowi placic krocie za dzialke, a nastepnie juz prawdziwa fortune za dom. I naprawde niewiele zabraklo, zeby ich niecny plan sie powiodl. Jednak na ich nieszczescie, na drodze stanela im Squaw Jen, zona Wodza Ricka Maynarda, a zarazem najodwazniejszy wojownik w calym plemieniu. Jen szybko wyczula, co sie swieci, i jak tylko zdala sobie sprawe, ze Southlands w tradycyjnej formie moze przestac istniec, w mgnieniu oka wziela w dlon dlugopis i zaczela z niego strzelac niczym z luku przeroznymi pismami do niezliczonych instytucji i urzedow z prosba o pomoc w walce z komercjalizacja jej ukochanego miejsca. Niespodziewanie samotna krucjata Jen przyniosla skutek duzo szybciej niz ona sama moglaby sie tego spodziewac. Urzad miasta zdecydowal przyznac Southlands wyjatkowy plan zagospodarowania terenu, wedle ktorego na kazdej posesji obok domu obowiazkowo musiala powstac rowniez odpowiednio do niego proporcjonalna stajnia. Dzieki temu, ci ktorzy jeszcze nie zdazyli zalapac sie na kupienie ziemi na starych zasadach, musieli albo przelknac te zabe i sprobowac zyc w aromacie konskiego lajna, albo obejsc sie smakiem i zawrocic swoje luksusowe auta z powrotem na polnoc. W konsekwencji, Southlands zamieszkuja dzis: Maynardowie i im podobni milosnicy czterech kopyt; bogacze, ktorzy z rumakami nie mieli nigdy nic wspolnego, ale w imie wygodnego zycia postanowili je polubic; oraz bogacze, ktorzy maja gdzies zarowno Maynardow jak i ich konie, a licza sie dla nich jedynie rozmiar basenu i ilosc sypialni pod najwiekszym w okolicy dachem. I tym sposobem, moimi sasiadami sa zarowno sympatyczni Vilvangowie czy usmiechniety dziadek Larry Emrick, jak i nigdy nie opuszczajacy swojej szarej twierdzy najwiekszy w Vancouver baron narkotykowy, czy najbogatsi w miescie Panstwo Aquilini. Mieszka tu tez Michael Greenburg, ktory niegdys wyprodukowal 'McGyver'a', pozniej poslubil Sharon Stone, a dzis wyrzuca gnoj spod pecin nowego ogiera swojej nowej zony Nikki. I tu pojawia sie ciekawa anegdotka: pochodzaca z RPA Nikki, zanim zostala Pania Greenburg, byla instruktorka pilates. Az ktoregos pieknego dnia przyszla do niej na zajecia Pani Stone...
Na szczescie Rick nigdy nie wyprodukowal 'McGyver'a', a Jen nigdy nie cwiczyla pilates, takze ich malzenstwo nie musialo byc wystawiane na podobne proby. Choc nie da sie ukryc, ze w rodzinie Maynardow, jak to u Indian, bywa wesolo! Oto i oni:

Wodz Rick i Manitou Wielka Bjula (w pisowni oryginalnej 'Beulah')

Rick i Bjula to para wlasciwie nierozlaczna. Czasem co prawda zdarza im sie odwrocic do siebie plecami, ale nawet wtedy patrza na swiat z tej samej perspektywy. Rick jest prawdziwym szefem plemienia, i to on pociaga tu za sznurki, zas Bjula to jego wyrocznia, szara eminencja rodziny, ktora ma na niego ogromny wplyw i prawdopodobnie pomaga mu w podejmowaniu wszystkich najwazniejszych decyzji. Pisze 'prawdopodobnie', poniewaz porozumiewaja sie oni kodem znanym tylko sobie, a brzmi on mniej wiecej tak:
http://www.youtube.com/watch?v=7XNlgwUNKjs&feature=related
Wodz Rick jest najwiekszym przyjacielem zwierzat, jakiego kiedykolwiek spotkalem. Budzi sie o 5 rano, karmi konie, wypuszcza kaczki, kury i gasiora, daje im ziarna, potem idzie na spacer z Soda, a na koniec serwuje lemoniade zakolegowanemu kolibrowi. A wczesniej, w srodku nocy, budzi sie na nieslyszalny wrecz ruch Wielkiej Bjuli i codziennie miedzy drugia a trzecia  wyprowadza ja do ogrodowej toalety. Wodz Rick od wielu juz lat jest weganinem, w zwiazku z czym w naszym tipi nie uswiadczysz zapachu smazonej ryby ani nie zbratasz sie z nim zjadajac wspolnie bizonie serce niczym Tanczacy z Wilkami z Wiatrem we Wlosach. I smiem twierdzic, ze moglby nasz biedny wodz zczeznac od tej swojej diety, gdyby nie 'pomocna' dlon jego wiernej squaw Jen. Jednak o tym pozniej. Bo teraz musze jeszcze wspomniec o najnowszym podarunku Wodza Ricka dla cierpiacej na dysplazje stawow w tylnych lapach Manitou Wielkiej Bjuli. Otoz na czternaste urodziny swojej wyroczni, Rick sprezentowal jej wozek oraz rampe, dzieki ktorym miala zapomniec o wypruwaniu z siebie flakow podczas wchodzenia na stopnie prowadzace do tipi. Jednak Wielka Bjula nie docenila tego drogocennego daru i zaledwie raz pozwolila sobie przymocowac wozek do tylka. Od tamtej pory, kiedy go widzi, natychmiast kladzie sie na ziemi i udaje martwa, podobnie jak to mial w zwyczaju slynny kot z Grochowa o imieniu Kit. Wodz Rick kocha Manitou Wielka Bjule miloscia bezgraniczna, jednak w jego sercu i umysle zawsze najwazniejsza byla jest i bedzie wspomniana juz Squaw Jen.



Squaw Jen

Slawa jej walecznosci, odwagi i nieustepliwosci wykracza daleko poza granice osady Southlands. W zyciu Squaw Jen nie ma miejsca na polsrodki, poblazanie czy na wywijanie sie od odpowiedzialnosci. Wyznaje ona jedna zasade w zyciu: 'Maszeruj albo gin', w zwiazku z czym wyjeci spod prawa oszusci, kombinatorzy i biale twarze o watpliwej reputacji trzymaja sie od niej z daleka. Niczym kibicow Lecha Poznan, 'kocha ja niewielu, wiekszosc nienawidzi, boja sie wszyscy'. Squaw Jen jest idealna przeciwwaga dla Wodza Ricka. Podczas gdy on jest opanowany, przewidujacy, konkretny i pelny milosierdzia, ona wybuchowoscia, krwiozerczoscia i nieokielznaniem moglaby obdzielic pol afrykanskiej dzungli. Jednak wszystkie te wojownicze cechy ujawnia jedynie na polu walki, zas w ramach plemienia jest cudownym, cieplym i rodzinnym czlowiekiem, oddana zona i wspaniala matka. Choc nie da sie ukryc, ze zarowno w relacjach ze swoimi trzema synami jak i czcigodnym mezem, czesto udaje sie do podstepu, zeby wszystko ukladalo sie tak jak to ona sobie tego zyczy. W konsekwencji biedny Wodz Rick nawet nie przypuszcza, jak bardzo codziennie jest robiony w trabe: otoz Squaw Jen potepia jego decyzje o byciu weganinem i gotujac strawe, codziennie przemyca mu w niej do zoladka jakies jaka, mleko czy ser, a na dodatek otwarcie sie do tego przyznaje mowiac, ze 'on sie w ogole nie zna na kuchni, i uwierzylby mi nawet, gdybym podala mu lososia, mowiac, ze to tofu' :-)

Lowca Jordan i Najglupszy Pies na Swiecie Soda

Tarahumara Polnocy. Najszybszy i najbardziej wytrwaly Indianin, jakiego kiedykolwiek stworzyla Matka Natura. Podobnie jak jego meksykanscy kuzyni z Barranca del Cobre, potrafi biec dzien i noc i nie uronic przy tym ani kropli potu. Jego przydomek wzial sie od tego, ze ze swoich wypraw nigdy nie wraca z pustymi rekami. W zeszlym tygodniu na przyklad biegl wzdluz ruchliwej Marine Drive, gdy nagle z mijajacego go tira  wypadl karton pikantnego kanadyjskiego sosu w malych buteleczkach, i poszybowal wprost w jego rece. Dzieki temu od szesciu dni cale plemie zionie ogniem niczym banda wawelskich smokow.  Innym razem wybral sie canoe ze swoim wiernym psem Soda w gore rzeki Fraser po swiateczne drzewko. Jednak kiedy doplyneli do celu, Jordan zdal sobie sprawe, ze zapomnial pily, na co przemoknieta i nieprzyzwyczjona do polnocno-amerykanskich mrozow Soda (w koncu to Owczarek Australijski) zalamala sie i zapragnela utopic swoje czarno-biale cielsko wraz z marzeniami o rozswietlonej choince i cieplym kominku. Wtem Jordan wypatrzyl na brzegu przepiekne, drewniane wioslo. Podplyneli blizej, a uradowana Soda wnet zapomniala o choinkowym rozczarowaniu, zlapala wioslo w zeby i nie wypuscila go az do chwili, gdy zablokowala sie z nim we framudze maynardowego siedliska. Gotowa byla tak stac, az znuzylby ja sen, jednak Jordan postanowil wydobyc z opresji swojego psiego druha i przekrecil wioslo do pionu. Koniec kocow, cala przygoda nie skonczyla sie jednak dla Sody dobrze, bowiem napierala na framuge z taka moca, ze, gdy Jordan przekrecil pagaj, ona wpadla do przedsionka z tak ogromnym impetem, ze nie zdolala wyhamowac przed szafka z butami, no i przywalila w nia niczym rozpedzony strus w skale. Wydarzenie to oszolomilo ja do tego stopnia, ze caly wieczor spedzila lezac w fotelu nie ruszajac sie ani o pol cala i patrzac z nostalgia w rozswietlona ogniem glebie kominka.



W tym miejscu pozwole sobie na dygresje, bo mowiac o strusiach, nie moge nie wspomniec o smiesznej przygodzie, jaka kiedys spotkala mnie i Laki Loka. Jechalismy na koniach nieopodal kurzej fermy Dziadka Jozka w Bialej pod Lodzia, gdy nagle, w srodku pola wyskakuje przed nami na droge facet i zaczyna krzyczec i machac rekami. Nie moglismy uslyszec nic z tego, co chcial nam przekazac w swoim spazmatycznym jazgocie, bo byl jeszcze dobry kawalek od nas, ale przejeci powaga sytuacji postanowilismy  zejsc z kobyl i zapytac go, o co mu chodzi. Na to facet podbiega do nas i caly czerwony mowi: 'Jezu, dzieki Panowie, zescie zeszli z tych koni. Ostatni raz jak dwoch takich jak wy tu przegalopowalo, to mnie prawie do bankructwa doprowadzili. Bo ja hodowca strusi jestem, tam moja ferma jest. No i widzicie, tamtej nocy padalo, taka ulewa byla, ze wody po kostki. Rano wychodze z domu, ide do tych strusi, a tu jedzie tych dwoch pa-tam pa-tam, gaaalopem, strusie przerazone zaczynaja biegac to w jedna to w druga. Ja krzycze: raz na strusie, raz na tych co na koniach, a na to te konie coraz szybciej i te strusie coraz szybciej.  No i jak tamci sie zblizyli, to strusie przerazone glowa w piasek. Tylko widzicie, tak jak mowilem, piasku nie bylo tylko woda byla, wszystko zalane. No i mi sie, kurwa, trzy czwarte stada utopilo! Do tej pory splacam te topielce ptasie cholerne. Dzieki Panowie, tylko prosze nie galopujcie.'  I odszedl tam skad przyszedl ten hodowca strusi, ktorego juz nigdy pozniej nie spotkalem. A my na nasze konie wsiedlismy na nowo dopiero kiedy zniknal nam z pola widzenia ostatni wielki puchaty kuper z Antypodow...

Oprocz Wodza Ricka, Manitou Wielkiej Bjuli, Squaw Jen, Lowcy Jordana i Sody, do klanu Maynardow naleza jeszcze kaczka Charlie (choc ona po malu sprzeciwia sie adopcji i z kazdym dniem blizej jej do kurnika niz do naszego betonowego tipi) oraz dwaj synowie Ricka i Jen. Jednak zarowno Telf jak i Tik opuscili juz plemienne gniazdo: Telf zdradzil indianskie idealy, przeszedl na strone bladych twarzy i zajmuje sie wysiedlaniem Czerwonoskorych i handlem ich siedliskami, zas Tik juz wiele miesiecy temu wyruszyl na Wschod walczyc z Irokezami. I tylko od czasu do czasu przysyla nam telegramy relacjonujac, jak postepuja dzialania wojenne. Ja jednak podejrzewam, ze Irokezi to byl tylko pretekst, a tak naprawde Tik rozkochal sie w wodzie ognistej i pieknych niewiastach z East Coast i to dlatego wcale mu sie do domu nie spieszy...

Pozdrawiam Was, Drogie Dzieci! HO HO HO
Sw. Majki Majk ;-)



   







      

piątek, 3 grudnia 2010

Mo-vember

Dzis drugi dzien grudnia. A to znaczy, ze przedwczoraj skonczyl sie listopad - tutejszy November. Sprytni Canuksi, znani ze swojego uwielbienia do zabaw slowem (zapewne odziedziczonego po brytyjskich pradziadach), a zarazem szukajacy kazdej okazji by nie myslec o chlodnym, jesiennym deszczu, nie proznowali i jakis czas temu stworzyli termin 'mo-vember'. Twor ten pochodzacy od zbitki dwoch slow: november i mo, slangowego okreslenia moustach'u, czyli naszego swojskiego wasa, to dosc swieza inicjatywa charytatywna polegajaca na wspieraniu mezczyzn chorych na raka prostaty poprzez...zapuszczanie wasa! I tak, wszyscy ci, ktorzy decyduja sie na wziecie udzialu w tej ogolnokrajowej akcji, 31 pazdziernika gola sie na gladko, po to by przez caly nadchodzacy miesiac nie ukrocic swojego symbolu meskosci ani o milimetr. 'Mo-vember' jest tu widoczny doslownie wszedzie: mowi sie o nim w telewizji, pisze w internecie, zas wieczorami dyskutuje sie o nim przy kominku. A przechadzajac sie po ulicach Vancouver, mozna spotkac wszelkie mozliwe typy wasow: od cieniutkich i szalonych, w stylu Salvador'a Dali, przez grube i pelne, ktorych nie powstydzilby sie sam Nietzsche, po dumne i nieco psychodeliczne a la Fank Zappa. Zapuszczaja je wszyscy: skauci, studenci, budowlancy, profesorowie, a przede wszystkim, policjanci i kowboje!



Oprocz nie golenia sie, kanadyjski listopad kojarzy mi sie jeszcze z dwiema rzeczami: przede wszystkim z najwiekszymi mrozami, jakich dotad doswiadczylem o tej porze roku (przez caly poprzedni tydzien termometry rzadko kiedy wskazywaly temperature wyzsza niz -10 stopni Celsjusza), no i z bieganiem. A to dlatego, ze teoretycznie jogging jest ostatnia rzecza, o ktorej powinno sie myslec przy ulewnych i zimnych deszczach (pierwsza polowa miesiaca), czy snieznych zawiejach (dwa nastepne tygodnie). Jednak tutaj ludzie zyja sportem, za nic sobie maja wszelkie przeciwnosci, i po prostu robia swoje. Jeszcze na poczatku wydawalo mi sie, ze moje przebiezki o 7 rano po kostki w sniezno-deszczowej brei byly oznaka jakiegos wyjatkowego, slowianskiego hartu ducha, jednak szybko przekonalem sie, ze Kanadyjczycy nie dosc, ze maja was, to maja jeszcze jaja, i zarowno faceci jak i kobiety (no dobra, one nie maja ani wasa ani jaj, ale w zacietosci nie ustepuja nam ani o krok!) traktuja poranny trening bardzo powaznie i sa w tym cholernie konsekwentni.

Zima w Southlands

Co te trzy elementy maja ze soba wspolnego? Ano to, ze pewnego pieknego dnia wszytkie naraz spotkaly sie w jednym miejscu - a stalo sie to w 21 dniu zycia mojego wasa, kiedy to wybral sie on na tradycyjny bieg Classic Fall Run. Jest to ostatni w sezonie wazny wyscig, na ktory zjezdzaja sie milosnicy przebierania nogami z calego stanu British Columbia. Ten tegoroczny byl wyjatkowy. A to dlatego, ze odbywal sie przy tak wielkim mrozie, ze biegaczom wasy deba stawaly i za nic nie chcialy lezec spokojnie nucac sobie pod nosem jakas mila melodie. Uczestnicy mieli do wyboru trzy dystanse: 5 kilometrow, 10 i polmaraton. Wspolnie z malzenstwem Vilvangow - sasiadow z ulicy Blenheim, wybralismy najdluzszy dystans i byl to wybor najlepszy z mozliwych, bowiem po poczatkowych kilku kilometrach, na ktorych od mrozu az nam trzeszczaly kosci, szybko zlapalismy rozgrzewajacy rytm, ktory poniosl cala nasza trojke az do mety. Jednak zanim kazde z nas przekroczylo magiczna granice 21 kilometrow z hakiem, musielismy sie niezle napocic. Ja do 17 kilometra bieglem spokojnie (przez wiekszosc czasu pilnujac przy tym rytmu ladniejszej polowy panstwa Vilvang), jednak wtedy zobaczylem zblizajaca sie z naprzeciwka postac Jordana, ktory, jak sie pozniej okazalo, juz przebiegl swoj dystans i postanowil wrocic dodac mi otuchy na ostatnim odcinku trasy. Jeszcze wtedy czulem sie jak mlody Bog i mialem wizje siebie jako Forresta Gumpa mogacego biec tak sobie radosnie do konca swiata i jeszcze dalej. Wszystko sie zmienilo, kiedy Jordan stwierdzil, ze widac po mnie, ze mam jeszcze mnostwo sily i 'zebym biegl za nim'. Tak tez zrobilem i...o malo sie przez to nie wykonczylem.




Ten przeklety gnojek narzucil takie tempo, ze pluca mialem w gardle, a serce przepompowalo mi chyba z cysterne krwii. Jednak nie ma tego zlego co by na dobre nie wyszlo, bo dzieki niemu, nie dosc, ze przebieglem swoj najszybszy kilometr w zyciu na dlugim dystansie (3 minuty 20 sekund pomiedzy 18 a 19 slupkiem), to jeszcze caly wyscig ukonczylem w czasie 1:45:01! Co wiecej, mialem jeszcze sile, zeby skopiowac numer Jordana i wrocic najpierw po Margot, ktora ostatecznie dobiegla siedem minut po mnie (rewelacyjny wynik, w koncu babka ma 49 lat), a pozniej po Jima, ktory co prawda kiedys byl zawodnikiem wrestlingu (mial ksywe Jim 'The Greek'), ale niewiele mu zostalo z dawnej kondycji, i ostatecznie doczlapal zziajany do mety po 2 godzinach i 9 minutach ciaglego biegu.




Dzis wspominam udzial w Fall Classic jako jedna z moich najwspanialszych tutejszych przygod, ale niestety jedna rzecz z nim zwiazana od kilku dni spedza mi sen z powiek: zgodnie z zasadami 'mo-vember', z poczatkiem grudnia twoj was musi isc pod noz, inaczej cala miesieczna zabawa sie nie liczy. Tym samym, wraz z nim, strace wspaniale aerodynamiczne wlasciwosci, ktore sprawily, ze do predkosci wiatru brakowalo mi juz naprawde niewiele...

Hugs,
Moustache Miki